Freelancing – dziennik z podróży cz. 1
Na początek małe wyjaśnienie: zebrane tu informacje i przemyślenia absolutnie nie powinny być dla nikogo świętą wykładnią na temat tego co należy robić, kiedy i jak. Wyznaję zasadę, że człowiek uczy się całe życie i nie chcę aspirować (przynajmniej na razie;) do roli autorytetu w temacie freelance’u. Chciałbym po prostu pokazać swój punkt widzenia komuś kto, tak jak ja jakiś czas temu, waha się i nie wie czy warto stać się własnym Panem Prezesem czy nie. Być może uda mi się pomóc i podpowiedzieć kilka rzeczy, które powinny ułatwić, przyspieszyć lub odwlec decyzję o założeniu własnej działalności. Mi udało się wszystko poukładać i w miarę bezboleśnie przejść przez opisane niżej etapy – być może również Tobie uda się wyciągnąć takie wnioski, żeby wszystko poszło gładko.
Ważne jest jeszcze, żeby nikt mnie opacznie nie zrozumiał – cały ten tekst przeznaczony jest dla osób, które mają już kilkuletnie obeznanie z grafiką, a nie kompletnych nowicjuszy bez pojęcia o tym czym różni się RGB od CMYKa. Takim dam tylko jedną radę – zdobywaj doświadczenie gdzie i jak się tylko da. Dopiero potem wróć do tego tekstu.
Od początku więc: freelance czy nie freelance, oto jest pytanie.
Przygotowania
Pojawiła się nagle w Twojej kipiącej kreacją i dizajnem mózgownicy pierwsza myśl o własnej działalności. Czas zatem na zadanie sobie kilku ważnych pytań. Zrób sobie wypunktowaną listę – to daje realny pogląd na całość obrazu (działając samemu i tak będziesz musiał przyzwyczaić się, że zapisywanie wszystkiego i robienie list to jedyny sposób, żeby nie zgłupieć już w pierwszym miesiącu). Zagadnień jest raptem kilka, ale są moim zdaniem kluczowe. Tutaj pewnie nie będzie zaskoczenia: dwa pierwsze dotyczą głównie kwestii pieniędzy.
1. Jaka jest moja sytuacja finansowa?
Nie oszukujmy się, każdy z nas chce zostać bogiem kreacji, ale w gruncie rzeczy chodzi o zarobienie jakiejś kasy – pochwał zjeść się nie da, a komplementów nie wypijesz. Idealna sytuacja to taka, gdy masz możliwość w miarę swobodnych eksperymentów z działalnością bez większych negatywnych konsekwencji. Czy jest to mieszkaniu u kogoś na boku, czy pomieszkiwanie u mamusi/cioci/wujka/babci – ważne, żeby nie zostać z ręką w nocniku zaraz po podjęciu decyzji o przejściu na tzw. „swoje”. Docelowo działalność ma na siebie zarobić, ale nie ma się co łudzić, że pierwsze wpływy na konto będą natychmiastowe.
Nie stanie się tak przede wszystkim z dwóch powodów – czasu wykonywanego zlecenia oraz formalnego terminu płatności. Ten drugi zwłaszcza potrafi mocno zaskoczyć nowicjuszy w temacie papierkowego cyrku, jaki odbywa się przy większości okazji. Nie zdziw się tylko gdy usłyszysz o miesiącu lub dwóch czekania na płatność. Nie zdziw się też kiedy złapiesz się na ciągłym wydzwanianiu do księgowych i wysłuchiwaniu non stop tych samych wyjaśnień (najczęściej „Prezes musi podpisać mi kwit, a jest ‘zagranico’). Potrafi być ciężko i lepiej przygotować się na najgorsze niż bujać w obłokach różowej mgiełki optymizmu. Przy okazji – formalności i dokumenty może i są upierdliwe, ale nie radzę ich na siłę unikać, bo może się to zakończyć przykrymi niespodziankami.
Podsumowując - na pewno przydadzą się jakieś oszczędności na start, które mogą nas utrzymać przez jakiś czas na czymś więcej niż woda z kranu i suchy chleb. Powiem nawet więcej – porywanie się na freelance bez jakichkolwiek oszczędności kwalifikuje się jak dla mnie do kategorii „kamikadze”. Sam przekonałem się na własnej skórze jak nawet niewielka niedbałość w tym miejscu potrafi odbić się później czkawką – nie powielaj moich błędów.
2. Czy mam jakąkolwiek bazę klientów?
Freelance opłacalny jest tylko wtedy gdy masz zapewnioną ciągłość cyklu zlecenie – wypłata. Do tego jeden klient nie wystarczy, chyba że ktoś zaproponuje współpracę na stałe lub na dłuższy okres – tego typu przypadki też się zdarzają. Mimo to, mieć przynajmniej 3-4 potencjalne źródła zleceń to na początek sytuacja niemal idealna. Co jednak jeżeli nie masz żadnych? Jak dla mnie – zastanów się dobrze czy nie warto poczekać z zakładaniem działalności aż się znajdą. Tym bardziej, że to naprawdę nie takie trudne jak się wydaje, o ile oczywiście to co robisz, robisz na przyzwoitym poziomie.
Przede wszystkim: właściwa informacja we właściwym miejscu to klucz do przetrwania. Koniecznie trąb gdzie się da, że robisz to co robisz. Pomóc może ktokolwiek – rodzina, znajomi z podwórka, ze szkoły, z pracy. Niech to będzie nawet jedno miejsce zaczepienia, a dalej powinno mniej lub bardziej kulawo rozwijać się samo. Poczta pantoflowa to piekielnie potężne narzędzie, ale jak ze wszystkim – nie ma reguły. Czasem coś zaskoczy, czasem nie.
Wszystko to co wymienione wyżej musi być też poparte jakimikolwiek działaniami w sieci. Nie chce mi się za bardzo powielać wszelkich górnolotnych formułek z zachodnich portali (które nijak się mają do realiów w naszym kraju), ale jedno się zgadza – promocja, promocja i jeszcze raz promocja. Nie trzeba inwestować od razu w kampanię Google AdWords, ale jakiekolwiek przyzwoite sieciowe portfolio to podstawa. Duże podkreślenie pod „jakiekolwiek” – nie, nie trzeba mieć wypasionej flashowej witryny, żeby pokazać co się robiło do tej pory i co się potrafi. Na wypasy przyjdzie czas, na początek wystarczy nawet prosta strona z wklejonymi jpegami projektów i kontaktem. Istnieją witryny z gotowymi szablonami jak np. Carbonmade, które pozwalają dobrać prosty motyw graficzny i w kilku ruchach stworzyć dobrze wyglądające portfolio. Można posłużyć się profilem na DigArcie lub DeviantArcie, ale to raczej ostateczność – za duży tam bałagan i narażasz klienta na pogubienie się w natłoku socjalnej papki. Tak czy inaczej: sieciowy dowód na to, że istniejesz i coś tworzysz to w naszych czasach absolutny mus.
Warto pojawiać się na wszelkich możliwych branżowych miejscach socjalno-ogłoszeniowych typu GoldenLine. Nie kosztuje to więcej niż rachunek za net, a efekty potrafią być ciekawe. Złota zasada brzmi – żeby ktokolwiek mógł cię zatrudnić, musi najpierw o tobie wiedzieć. Nie znaczy to, że złapiesz coś w ciągu kilku dni – takie rzeczy procentują dopiero po jakimś czasie.
Powodzenie następnego kroku zależy głównie od ciebie: MUSISZ przekonać absolutnie każdego z kim masz kontakt, że warto z Tobą pracować, a potem to konsekwentnie udowadniać. Praca na własne nazwisko zaowocuje szacunkiem, a to najważniejsza waluta ze wszystkich. Zrobienie na początku kilku tematów charytatywnie też jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Trzeba tylko wiedzieć kiedy powiedzieć dość, bo można sobie samemu przylepić etykietę, której ciężko potem będzie się pozbyć. Trzeba się nauczyć cenić siebie samego i swój czas, ale więcej o tym później.
W tym miejscu jeszcze małe sprostowanie dla potencjalnych trolli: zatrudnianie kogoś bez kompetencji „po znajomości” było i jest dla mnie moralnie naganne. Natomiast nie, nie widzę nic złego natomiast w polecaniu kogoś kto zna się na swojej pracy. Wolę, żeby kran naprawiał mi ktoś sprawdzony niż ryzykować zalanie mieszkania, a jeżeli się sprawdzi to owszem, polecę go komuś innemu. Dobra opinia to też pewna forma autoreklamy i walki o rynek swojego rodzaju usług.
c.d.n.
w kolejnej części m.in: jak zabrać się za zakładanie działalności od strony formalnej, jak zorganizować sobie księgowość i inne mało przyjemne czynności, na których można sobie zjeść zęby, ale których i tak się nie uniknie ;)
